Warszawa - Mirów - Kamienica Śliska 52

Kamienica Tomasza Niemyjskiego – kamienica położona na Mirowie w dzielnicy Wola, przy ul. Śliskiej 52.

Kamienica powstała na przełomie XIX i XX wieku w miejscu wcześniejszych zabudowań, początkowo należała do Edwarda Otto, a w latach 20. XX wieku stała się własnością Tomasza Niemyjskiego. Kamienica była wówczas czteropiętrowa, miała wysoki parter, suterenę i jedno podwórko-studnię. Na parterze kamienicy w okresie międzywojennym znajdował się VIII Komisariat Policji Państwowej. W 1932 roku kamienica została wpisana od ksiąg kryminalnych, gdyż tu zuchwali złodzieje dokonali kradzieży suszonej na strychu bielizny. Lokatorki jednak we współpracy z wywiadowcami udały się na plac Kercelego i tam zlokalizowały swoje ubrania i złodziei, którymi okazali się być Józef Skiba i Janina Synkalska, a dodatkowo współpracowali z nimi Jan Wiśniewski i Eugenia Gajek. O wydarzeniu donosił ówczesny Kurier Warszawski.

W czasie II wojny światowej budynek znalazł się w getcie, ale w 1942 roku został z niego wyłączony. Wówczas sprowadzili się tutaj lokatorzy wysiedleni z budynku przy Ratuszowej 7/9. Komisariat policji działał tutaj nadal, tym razem była to współpracująca z Niemcami policja granatowa. Kamienica przetrwała II wojnę światową, po niej została obniżona o jedną kondygnację do trzech pięter i utraciła cały wystrój zewnętrzny. Rozebrano także północną i wschodnią oficynę. Na północnej ścianie szczytowej, współcześnie zasłoniętej przez wieżowiec Ilmet, umieszczono reklamę Społem, która istnieje tam do dzisiaj.

[http://warszawa.wikia.com/]

 

Kamienica przy Śliskiej znalazła się w małym getcie. Gdy Niemcy je zmniejszyli, wyrzucili Żydów i przeprowadzili tu Polaków wysiedlonych z domu pocztowców przy Ratuszowej.

Jednym z nowych mieszkańców kamienicy był Ryszard Nawrocki, syn pocztowców wyrzuconych z mieszkania na Pradze. O istniejącym do dziś budynku przy Ratuszowej 7/9 pisałem w tym cyklu przed tygodniem. Dziś dalsza części wojennej opowieści pana Nawrockiego.

Z policją na parterze

Cofnijmy się jednak w czasie. Kamienica przy Śliskiej 52 powstała na przełomie XIX i XX w. Przetrwała do dziś, choć pozbawiona jest jakiegokolwiek wystroju elewacji, obniżona o piętro i opustoszała. Przed 1939 r. Śliska była ulicą w zachodniej części Śródmieścia. Gęsto zabudowaną, niemal pozbawioną zieleni, za to przetykaną różnymi składami na niezabudowanych placach, warsztatami, fabryczkami. Życie toczyło się tu podobnie jak w innych rzemieślniczo-robotniczych częściach Warszawy.

Mieszkańcami domu pod nr. 52. byli zarówno Polacy, jak i Żydzi. Na przełomie XIX i XX w. kamienica należała do Edwarda Otto, w latach 20. i 30. zaś była własnością Tomasza Niemyjskiego. Miała wówczas cztery piętra, wysoki parter i suterenę oraz jedno podwórko studnię. Po przeciwnej stronie ulicy wznosiły się zabudowania szpitala Bersonów i Baumanów (obecnie zakaźny dla dzieci między Śliską a Sienną). Ponad nimi z wyższych pięter kamienicy widać było eleganckie domy dochodowe przy Siennej.

W 1932 r. kamienica Niemyjskiego trafiła do kroniki kryminalnej. Sprawa była błaha, choć charakterystyczna. Dotyczyła okradania bielizny rozwieszanej na strychu. Poddasze użytkowały lokatorki kamienicy, które suszyły tu pranie. Złodzieje bielizny działali w szajkach. Gdy pranie znikło ze strychu na Śliskiej 52, "lamentu było co niemiara. Kilka lokatorek udało się w asyście wywiadowców na pl. Kercelego i tu powiodło się przechwycić towar. Okazało się, że kradzieży dopuścili się Józef Skiba i Janina Synkalska (oboje nigdzie niezameldowani), pośredniczył w zbycie Jan Wiśniewski (Stawki 41), nabyła zaś kradzioną bieliznę Eugenia Gajek (Krochmalna 73). Wszyscy siedzą" - donosił szczegółowo "Kurier Warszawski" 20 czerwca 1932 r. Złodzieje byli wyjątkowo zuchwali, a reakcja błyskawiczna, bo na parterze kamienicy mieścił się VIII komisariat Policji Państwowej.

Istniał aż do 1944 r., także w czasie, gdy Śliska znalazła się w getcie. Była to jego "lepsza" część. To przy tej ulicy od przedwojnia do 1942 r. mieszkał z rodziną Władysław Szpilman, kompozytor wielu popularnych piosenek uwieczniony w filmie "Pianista". Po okrojeniu małego getta opróżnione budynki znalazły się po stronie aryjskiej.

Wybuchający piecyk

- Mieszkanie na Śliskiej, do którego mieliśmy się sprowadzić w drugiej połowie 1942 r., było kompletnie zaśmiecone. Ojciec musiał je wyremontować. Dom był stary, ale niezbyt zniszczony - opowiada pan Nawrocki. Pamięta, że na parterze wciąż mieścił się komisariat granatowej policjiJak mówi, jego rodzice zajęli spore, trzypokojowe mieszkanie od frontu. Sam dom był raczej skromny. W łazience znajdował się wybuchający piecyk gazowy. W pokojach stały kaflowe piece, kuchnia zaś była węglowa.

 

- Nad nami mieszkała pani Fialowa, z pochodzenia Czeszka, też była mieszkanka domu przy Ratuszowej. Uczyła moją siostrę gry na fortepianie, ja od niej pożyczałem wielkie tomisko Szekspira z tłumaczeniem. Zaczytywałem się w nim tygodniami. Chodziłem wtedy do szkoły handlowej na Krochmalną. Tam też mieliśmy tajne komplety. Wyglądało to tak, że np. oficjalnie prowadzona była lekcja z maszynopisania. Siedzieliśmy przy maszynach, a nauczyciel wykładał nam historię Polski - wspomina pan Nawrocki.

W pułapce

W sierpniu 1944 r. Ryszard Nawrocki miał 15 lat. Jednak jak wspomina, wyglądał najwyżej na 12. Jego siostra Basia skończyła lat dziesięć. W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego ze Śliskiej jechali na Powiśle do wuja, by podlać kwiaty.

- Strzelanina zatrzymała nas na Górnośląskiej. To było na długo przed godz. 17 - wspomina pan Ryszard, który od 50 lat mieszka w Ameryce. Zapewne usłyszał tę strzelaninę na Zagórnej, do której doszło o godz. 15. - Jak inni wbiegliśmy do bramy i tam przesiedzieliśmy do wieczora. Dopiero po zmierzchu dotarliśmy do domu na Fabrycznej. Weszliśmy do mieszkania i znaleźliśmy się w pułapce - mówi. Ulica była polem niczyim. Dom zajmowany przez niemieckich urzędników pocztowych stał teraz pusty. Zaczęli głodować. Najpierw zjedli słoik ogórków kiszonych. Następnie marmolady. Wreszcie wyjedli resztki cukru. Później nie było już nic. Pierwszego dnia czynny był jeszcze telefon. Udało się im połączyć z rodzicami, których powstanie zastało przy ul. Madalińskiego na Mokotowie. Po tej rozmowie telefon zamilkł.

- W domu przy Fabrycznej została dozorczyni. Jak dowiedziała się, że jesteśmy, to na drugi czy trzeci dzień przyniosła nam kilka suszonych skórek z chleba przydziałowego. Odcinała je i suszyła dla kozy, którą trzymała ogródku - wspomina. Tak minęło kilka dni.

Wreszcie którejś nocy do kamienicy dotarł patrol powstańczy. - Spojrzeli na nas i powiedzieli, że tu nie mamy szans na przeżycie. I zabrali nas ze sobą - opowiada.

W paszczy wilka

Powstańcy nie mieli, co zrobić z dziećmi i postanowili przeprowadzić je kanałami na Mokotów tam, gdzie byli ich rodzice. Dołączyli je do grupy idącej kanałami pod Czerniakowską.

- To było jakieś 20 osób. Mężczyźni i kobiety. Z nami młoda łączniczka. Nie znałem dzielnicy i nie wiem, gdzie weszliśmy do kanału. Grupę prowadziła dziewczyna. Szliśmy pochyleni odcinkami. Byłem wtedy niewysoki, ale nawet dla mnie było to trudne. Mijaliśmy rozgałęzienia i wyloty kanałów z otwartymi włazami, skąd biło światło. Na szczęście ścieków było niewiele. Najwyżej po kostki - opowiada.

Doszli do punktu, w którym mieli wydostać się na powierzchnię. Powietrze przenikał gęsty dym po wybuchach granatów. Dusili się, dym gryzł im oczy.

- Ludzie mieli już dość. Ktoś krzyknął, że nie będziemy umierać tu jak szczury i wychodzi na zewnątrz - wspomina. Właz był zdjęty. Na górze oślepiło ich światło. Wokół stali Niemcy. - To było gdzieś przy Stacji Pomp Rzecznych na Czerniakowskiej u wylotu ul. Szwoleżerów. Niemcy ustawili nas pod murem i każdego zrewidowali. Jeszcze w kanale przed wyjściem padło polecenie, by ci, którzy mają jakąś broń, pozbyli się jej. Mężczyzn oddzielili od kobiet i dołączyli do innych. Ustawili trójkami w kolumnie. Łączniczka mówiąca po niemiecku pertraktowała o losie moim i siostry.

- Niemiec podszedł do mnie i spytał, gdzie jest mój dom. Mówię, że na Śliskiej. A on na to, że tam są teraz "bandyci". Mówię, że moi rodzice są na Mokotowie. Niemiec patrzy na mapę i kiwa głową, że to też teren zajęty przez "bandytów". W końcu razem z łączniczką dołączyli nas do kolumny mężczyzn i pod eskortą poprowadzili przed siebie - przypomina sobie pan Ryszard. Szli chyba Agrykolą. Mijając baterię artyleryjską, dotarli w aleję Szucha. Znaleźli się na dziedzińcu siedziby gestapo (w gmachu obecnego Ministerstwa Edukacji Narodowej). Wokół widać było oficerów z pistoletami wepchniętymi za pas.

- Znowu postawili nas pod ścianą. Wywoływali każdego mężczyznę. Podchodzili do stolika, przy którym siedział oficer. Dawali swoją kennkartę, a on odbierał ją i wrzucał do kosza. Kazał mężczyznom ustawiać się ponownie pod murem. Gdy przyszła moja kolej, polecił mi zawrócić. Jaki był los tych mężczyzn oraz łączniczki, która chwilę wcześniej tłumaczyła, skąd się wzięliśmy, tego nie wiedzieliśmy - słyszymy.

Został sam z siostrą. Oficer zadał mu pytanie, co zamierza robić. Odpowiedział, że chce iść do rodziców, o których wie, że są na ul. Madalińskiego. Niemiec puścił ich. Ruszyli al. Szucha i Puławską.

Na Mokotowie

- Niemcy przepuszczali nas przez kolejne posterunki. Część domów była spalona. Inne płonęły. Tak dotarliśmy do domu Wedla, przed którym znajdowały się niemieckie umocnienia. Tu nas zatrzymano. Żołnierz zaprowadził nas na dziedziniec kamienicy. Kilku wyższych oficerów SS piło tu piwo - opowiada. Stanęli przed komendantem. - Ten zadał nam pytania, ale mój niemiecki był zbyt słaby, by swobodnie z nim rozmawiać. Tłumaczyła kucharka. Mówiłem, że moi rodzice są w domu na Madalińskiego i chcemy do nich iść. Że moi wujowie to Niemcy. Popatrzył na nas. Byliśmy w żałosnym stanie. Śmierdzieliśmy kanałem. Wydał polecenie, by ktoś przyniósł nam miskę zupy z soczewicy. Zrozumiałem też, jak wydawał rozkaz żołnierzom, by nas zaprowadzić do szpitala, w którym był polski personel i kazał nam być u niego następnego dnia nad ranem. Tam nas wsadzili do wanny i nakarmili - opowiada. Następnego dnia o godz. 5 nad ranem wrócili z polskim lekarzem. Niemiec polecił mu przejść przez linię frontu pod flagą czerwonego krzyża, gdy tylko wstrzyma ogień. - Powiedział, by oddał nas rodzicom, a jeżeli ich nie odnajdzie, to żeby przyprowadził nas z powrotem - opowiada Ryszard Nawrocki.

Po wstrzymaniu ognia przeszli na drugą stronę frontu. Dwie czy trzy ulice dalej wyskoczył partol powstańców. - Powstańcy powiedzieli, że w domu przy Madalińskiego od dawna nikt nie mieszka. Powiedzieli też, aby nas zostawił i wrócił, mówiąc Niemcom, że odnalazł naszych rodziców. Nas powstańcy zabrali do punktu zbornego dla bezdomnych przy jakiejś willi z ogródkiem. Tam pamiętam, że dostałem do zjedzenia główkę cebuli. Z nami były tu inne dzieci - wspomina. Po jakimś czasie dzieci zaprowadzili do klasztoru na Misyjną, gdzie też znajdował się szpital. Przez pierwsze trzy dni spali na podłodze. Potem na łóżka przerobiono dla dzieci dolne piętra półek na książki w bibliotece mieszczącej się w piwnicy.

- Tam siedzieliśmy całymi dniami, nie opuszczając biblioteki. Huk eksplozji był ciągły i tak ogłuszający, że nawet nie zorientowaliśmy się, gdy pocisk artyleryjski padł na nasz budynek i zrujnował sąsiednie pomieszczenia - słyszę.

Powrót do domu

Przy Misyjnej dotrwali do kapitulacji Powstania. Na początku października pojawili się Niemcy i dali siostrom jakieś wozy do ewakuacji dzieci.

- Gdy już usadowiliśmy się na wozie, podszedł do nas żołnierz w niemieckim mundurze o azjatyckich rysach. Zaczął wpatrywać się w siostrę. Zamarła z przerażenia. A on chwycił ręką do kieszonki na piersi. Wyjął z niej przybrudzoną kostkę cukru i z uśmiechem podał Basi.

Z Warszawy Niemcy wywieźli siostry z dziećmi do Wolbromia. Tam zakonnice zwróciły się z apelem do mieszkańców, by zajęli się dziećmi. - Nami zajął się piekarz z Pilicy, wysiedleniec z Łodzi - mówi Ryszard Nawrocki.

Tymczasem po wybuchu Powstania w kamienicy przy Śliskiej została babcia pana Nawrockiego. Stamtąd Niemcy pognali ją do Pruszkowa. Powstanie przeżyli też jego rodzice. Znaleźli się pod Warszawą. Późną jesienią matka pana Nawrockiego pochodząca z niemieckiej rodziny uprosiła okupantów o wydanie przepustki na przyjazd do Warszawy. Furmanką wynajętą od chłopa dotarła do kamienicy przy Siennej, która była nienaruszona i wywiozła część dobytku.

Dom dotrwał do wkroczenia Armii Czerwonej i kościuszkowców. Istnieje do dziś. Jest jednak niższy i pozbawiony jakiejkolwiek dekoracji - poza ceramicznym medalionem z Matką Boską nad oknem pierwszego piętra. Okna są nowe, ale witryny na parterze zamurowane pustakami, nad bramą widać tablicę: "Wstęp wzbroniony, zagrożenie budowlane". Nie ocalała tylna oficyna kamienicy, za to na ścianie oficyny bocznej zasłoniętej przez wieżowiec Ilmet przy rondzie ONZ wciąż można oglądać wielką, malowaną reklamę "Społem"

[http://warszawa.wyborcza.pl/]

 

 

.